Stoiska rybne zajmują w hiszpańskich sklepach i halach targowych powierzchnię większą nawet niż wszechobecne przed świętami szynki (tych zresztą zawsze pełno) i turrony. Bez Wikipedii ciężko byłoby się zorientować, co też takiego właśnie wrzuciliśmy na patelnię.

Kolejny subiektywny przegląd.
- Morszczuk. Tak właśnie, poczciwy morszczuk, składnik kostki rybnej z mintaja, król mrożonek. Gdybym zawczasu wiedział, że zamawiam w restauracji morszczuka, to bym go na pewno nie zamówił. Tymczasem morszczuk po baskijsku - kawał fantastycznej duszonej ryby, w potrawce z owoców morza, szparagów i z gotowanym jajkiem. Kawał, bo morszczuk w Hiszpanii to wielka ryba, nie wiem dokładnie, skąd się biorą liliputy w polskich sklepach, może się kurczą przy mrożeniu?
- Miecznik, o którym już było. Nie tylko w czarnym ryżu smakuje doskonale.
- Świeża ryba. Filety z sardynek, całe makrele (sprawiane w sklepie na poczekaniu), labraksy, rekiny... Wszystko prosto z morza (lub oceanu, Hiszpania szczęśliwie ma dostęp do Morza Śródziemnego i Atlantyku), z etykietką oznaczającą kraj pochodzenia (i czasem także port połowu). Jeśli coś jest rozmrożone (niektóre owoce morza), to jest to też opisane.
- Mojama, czyli solony, a następnie suszony tuńczyk, jamón serrano wśród ryb, może przez to, że trzeba też kroić w przezroczyste niemal plasterki. Po co tyle tuńczyków pakuje się do puszek?
- Zupa rybna, a właściwie zupa z owoców morza. Niby nic prostszego - na oko woda, szafran, czosnek, pomidory i owoce morza. Ale jak to zrobić - kalmary i ośmiornice idealnie miękkie, mule otwarte...
Pomarzyć zawsze można, a tymczasem trzeba wymyślić jakąś rybę na poniedziałek.










