nagłówek o mnie sport

Tyć albo nie tyć

jako (10.08.2007)

W okolicy obowiązkowo jest grób Hamleta, wiatraki, a domy kryte są strzechą lub azbestem. Każdy nosi ze sobą termos, z prohibicją ma on jednak niewiele wspólnego, w środku jest kawa, bez której przeciętny Duńczyk nie przetrwałby nawet godziny.


Kawa jest smolista, raczej przyzwoita i jak na polskie standardy raczej mocna, chociaż fani espresso mogą poczuć się obrażeni takim stwierdzeniem. Kawę podaje się przy każdej okazji, również w porze na kawę (o 15), do kawy są wówczas bułki z serem żółtym i marmoladą, ewentualnie ciasto. Mleka do kawy się nie dolewa, w końcu jest w serze. Ser to tylko jeden element deja vu, które napadło mnie w Danii, gdzie zacząłem czytać nazwy zgodnie z wymową holenderską. Kawa zresztą też podobna, wioski też jak z Might and Magic, szosy pełne opli astra i fordów focusów, nawet ziołowa wódka taka sama. I oczywiście ser z kminkiem. Goudse belegen met komijn był zawsze moim holenderskim faworytem, w Danii sery również występują w różnym stopniu dojrzałości, a dojrzały danbo... Wystarczy uchylić lodówkę, żeby wiedzieć, że został jeszcze kawałek. Szkoda, że taki mały.
W Danii trafiłem akurat na ekspresowe żniwa, cały lipiec padało, musieli nadrabiać. Patrząc na gigantyczne traktory i imperialne kombajny trudno zrozumieć duński dystans wobec Unii Europejskiej. Chociaż rozmawiałem z młodym rolnikiem, który ma dwadzieścia hektarów, biegle mówi po angielsku i na wakacje jeździ do Austrii na narty. Uprawia ziemię, bo lubi, uważa to za ciekawą pracę i nie ma nic do UE. Zresztą duńscy rolnicy, nie tylko młodzi, wyposażeni są w komputery i stałe łącza, na dodatek potrafią z nich korzystać. Mają swoje strony internetowe, wprawdzie na etapie 1.0, nikt mnie do facebooka nie zaprosił, ale sieciowe umiejętności są tam nieporównywalnie większe niż w Polsce.
Poza tym Dania to spokojne wakacje (jeśli zignorujemy to, że nasz domek wakacyjny może być pokryty azbestem), byłem w szczycie sezonu, w weekend, pogoda momentami niezła, a plaże i deptaki niemal puste. We wszystkich wioskach osiedla domków letniskowych, kemping co dwa kilometry, ale znikąd nie dobiega basowe dudnienie, może byłem na zbyt głębokiej prowincji, a może rozrywkowi Niemcy, Duńczycy i Holendrzy jeżdżą raczej do Hiszpanii. Morza szum (w końcu byłem nad Bałtykiem), tłuste jedzenie - bo oprócz serów występuje sporo mięsa, kotletów mielonych w różnych postaciach, boczku w grubych plastrach, piwo, które niegdyś sprowadzało się do dwóch różnych marek (w tym tego w prawdopodobnie najlepszej butelce), a teraz rzekomo co tydzień powstaje (wskrzesza się?) nowy lokalny browar, chociaż trzeba uważać, bo ceny lokalnych specjałów raczej nie dla nas, chyba że w przeliczeniu na procenty, bo wtedy niektórym piwom bliżej zdecydowanie do wina, a smak bynajmniej nie przypomina polskich "mocnych" i powiewające wszędzie, przed domami, za domami i obok domów, duńskie flagi. Jeszcze kawy?

cholera i nie pochwaliłeś

cholera i nie pochwaliłeś się wcześniej, że jedziesz do RajuNaZiemi! nieładnie.. anyway, fajne wakacje [choć kawa jak najbardziej med maelk dla mnie]