nagłówek o mnie sport

Ach ta komercha (3)

jako (5.10.2007)

Twórcy licencji CC dobrze wyczuli koniunkturę na niekomercję, czy jak kto woli oczekiwania społeczności internetowej, która chce zdystansować się od bezdusznych kapitalistów, wielkich mediów, banerów reklamowych zasłaniających całą stronę i wyraźnie oddziela zarabianie pieniędzy od niezarabiania pieniędzy. Tymczasem krytycy opcji niekomercyjnej zarzucają jej użytkownikom hipokryzję.
Śledzenie dyskusji o znaczeniu „użytku niekomercyjnego” na liście dyskusyjnej Creative Commons przerasta możliwości zwykłego śmiertelnika (bo przecież nie uwierzę, że osoby o takich nazwiskach jak „drew Roberts”, „Rob Myers”, „Terry Hancock” czy „Greg London” istnieją w rzeczywistości), ale jej rozmiar i częstotliwość świadczą o tym, że mało kto rozumie, o co w tym chodzi. Najbardziej popularną odpowiedzią na pytanie „jak działa licencja niekomercyjna” jest „nie używaj licencji niekomercyjnej”.
Licencja niekomercyjna ma bowiem oznaczać, że wybierająca ją osoba chce w praktyce sprzedać swój utwór i liczy na to, że wystarczająco się rozreklamuje, a korporacje same się zgłoszą po odpowiednią licencję komercyjną. W ten sposób cel, jakim miało być stworzenie alternatywnego obiegu niekomercyjnego nie jest w praktyce realizowany, bo korzystanie z licencji niekomercyjnej tylko wzmacnia sektor komercyjny – czasem łatwiej po prostu kupić sobie prawa do komercyjnego utworu (np. zdjęcia) niż próbować szukać leikamastera76 i prosić go o sprzedaż praw.
Obieg niekomercyjny okazuje się też fikcją, gdy zaczniemy ściśle trzymać się interpretacji znaczenia „niekomercyjny” (NC) w licencji CC. Nie możemy zasadniczo korzystać z treści NC na stronie z reklamami (chyba że nie są one główną atrakcją) – wszelkie innowacyjne modele dzielenia sią zyskiem z użytkownikiem (Newsvine, Revver) odpadają. Właściwie całkowicie odpada jedyne miejsce, gdzie można konkurować z tradycyjnymi mediami: rynek. Istotą sukcesu produkcji koleżeńskiej (peer production) jest to, że wewnętrznie realizowana jest w ramach modelu pozarynkowego (w tym znaczeniu, że mechanizm cenowy nie reguluje stosowania określonych środków produkcji), ale na zewnątrz konkuruje z produktami wytworzonymi metodą rynkową (czy korporacyjną, co w tym przypadku na jedno wychodzi).
Licencje niekomercyjne stanowią tymczasem ponad połowę wszystkich stosowanych licencji. Na dodatek wiele osób sądzi, że każda licencja CC daje ochronę przed wykorzystaniem utworu przez korporacje – tak jak w procesie, który czeka CC przed sądem w Teksasie (użytkownik flickera, którego zdjęcie zostało wykorzystane w kampanii reklamowej skarży się, że nie wiedział, że licencja zezwala na użytek komercyjny). Niezależnie od wyniku procesu (który przypomina mi raczej akcje w stylu suszenia kota w mikrofalówce, bo w instrukcji nie było napisane, że nie można), CC na pewno popełniło gdzieś błąd – potrzebne byłyby pewnie badania, ale nie zdziwiłbym się, gdyby CC kojarzyło się automatycznie z niekomercyjnością.
Nie uważam, żeby licencje NC były całkiem niepotrzebne. Przyznaję. Sam z takich licencji korzystam (np. tu). Wynika to po części z tego, że nie są to treści, które zrobiłem samodzielnie, a organizacje, które je udostępniają boją się, że praca wolontariuszy zostanie „skradziona”. Tymczasem najgroźniejsza jest utrata wolontariuszy, a nie tego, co oni napiszą. Zresztą strach przed utratą kontroli i zysków to w uproszczeniu najważniejsza podstawa istnienia tradycyjnego systemu praw autorskich. Czyli licencja niekomercyjna przedłuża istnienie takiego systemu. Po części jednak dla uczestników systemu praw autorskich sam fakt udostępnienia części utworów nawet w formie niekomercyjnej jest sporym wyłomem w tradycyjnej strategii. Nie dotyczy to jednak większości użytkowników, którzy w sieci publikują hobbystycznie. Będzie jeszcze część czwarta.