nagłówek o mnie sport

Och, EULA

jako (19.09.2008)

Wprawdzie wszystko na razie wskazuje na to, że to burza w szklance wody, ale to nie pierwsza taka burza i jeśli Linux ma wyjść z geekowego getta, to reakcje na problemy z interesami ekonomicznymi producentów najpopularniejszych linuksowych programów powinny być jednak mniej histeryczne. A chodzi o kilka zdań dotyczących zasad korzystania z Firefoksa.

EULA (End User License Agreement) to w większości przypadków prawniczy bełkot, często kiepsko przetłumaczony, a czasem (szczególnie w UE, gdzie szczególnie chroni się konsumentów) na dodatek kompletnie nieważny. Użytkownicy Windows bezrefleksyjnie przeklikują się przez kilka okienek podczas instalacji każdego programu - w jednym z nich zwykle siedzi EULA, jednak skoro nawet komunikat "Do you agree to turn this PC into zombie and send V|a.gr_a commercials to all your friends?" nie wzbudza większego zainteresowania, prawie każdy użytkownik zgadza się na wszystko. Nawet wolne oprogramowanie wyświetla całość licencji GPL, która nie jest może prawdziwą EULĄ, ale i tak wielkimi literami wali po oczach napisem WYRÓB BEZ GWARANCJI (tak, GPL też jest kiepsko przetłumaczona).
Firefox, który wyłonił się z desperackiego zmyślnego posunięcia firmy Netscape (zanim nazwał się Firefox, nazywał się Firebird, a zanim Firebird, Phoenix), która otwarciem kodu źródłowego chciała zmieść z powierzchni ziemi Microsoft, od początku licencjonowany jest równolegle na kilku licencjach. GPL miało zadowolić zwolenników wolnego oprogramowania, LGPL zwolenników open source, a MPL (własna licencja Mozilli) miało zadowolić zgliszcza po firmie Netscape, bo liczono na to, że będą zyski. Sam otwarty kod źródłowy to za mało, żeby przyciągnąć programistów, dopiero wolna licencja, która daje gwarancję, że wkład społeczności nie zostanie przez nikogo zawłaszczony, może zachęcić najzdolniejszych stallmanistów. W przypadku popularnych projektów w końcu jednak większość kodu powstaje w ramach pracy opłacanych programistów, którymi kieruje nie idealizm (choć może on pomóc), ale model biznesowy ich pracodawcy.
Model biznesowy Mozilli opiera się na marce - przede wszystkim na znakach towarowych "Firefox" i "Thunderbird". Już wcześniej pojawił się problem z korzystaniem z nich w ramach dystrybucji wolnego oprogramowania (stąd na przykład Iceweasel w Debianie). Tymczasem dla dystrybucji ambitnie celujących w rynek konsumencki marki Mozilli są jednym z najważniejszych elementów strategii, która ma przekonać użytkowników, że Linux nie oznacza zmiany wszystkich przyzwyczajeń. I to właśnie ten ostatni element najbardziej irytuje early adopterów i innych oldskulowców. Nie po to zostawili Windows, żeby teraz znów trzeba było zatwierdzić 30 licencji podczas instalacji systemu, a przy instalacji dowolnego programu 5 razy kliknąć "dalej".
Mozilla jednak może sobie pozwolić na niepopularne posunięcia - naturalnym środowiskiem Firefoksa jest Windows, pierwsze wersje Firefoksa pasowały do linuksowych pulpitów jak Safari do Windowsa. Nic dziwnego - pod Linuksem bitwa z Internet Explorerem rozstrzygnęła się bez jednego wystrzału. Pod Linuksem monopol Mozilli można porównać jedynie do monopolu Microsoftu sprzed kilku lat - owszem jest Opera, jest Konqueror, będzie Epiphany z Webkitem (na razie na Gecko, czyli i tak Mozilla) - ale Opera to już zupełnie nie jest wolne oprogramowanie, a Konqueror i Epiphany są może w porządku (sam korzystam z Epiphany), ale nie zadowolą ani większości przesiadkowiczów z Windowsa (jednak się różnią), ani superużytkowników (za mało rozszerzeń i wodotrysków).
Ubuntu, które zaakceptowało prośbę Mozilli o wyświetlanie EULI (w mojej wersji testowej była to po prostu zakładka otwierana przy pierwszym otwarciu Firefoksa po zainstalowaniu systemu, żadne dodatkowe okienko, nawet nie trzeba było kliknąć "OK"), takiego komfortu nie ma. Dystrybucja Linuksa zależy od społeczności idealistów w takim stopniu, w jakim zależy od przesiadkowiczów. Pierwszym EULA przeszkadza, drudzy nawet nie zwrócą uwagi. Im więcej będzie tych drugich, tym więcej będzie komercyjnych programów i tym bardziej według reguł komercyjnych będą grać dystrybutorzy wolnego oprogramowania. Teraz może i większość użytkowników to idealiści, ale w starciu z amerykańskim systemem sądowym każdy będzie się zabezpieczać na wszelkie możliwe sposoby.