nagłówek o mnie sport

Pstry koń

Microsoft po raz kolejny udaje, że ugiął się pod naciskiem Komisji Europejskiej i po raz kolejny ogłasza zasady interoperacyjności obiecując wolność, równość i braterstwo. W "zasadach interoperacyjności" słowo "otwarte" powtórzone zostało czterdzieści razy.
Jednak "otwartość" według Microsoftu oznacza po pierwsze, że za korzystanie z otwartych protokołów trzeba płacić. Gest polega na tym, że opłata nie będzie nikogo dyskryminować, nazwijmy to równością. Nie ma co się czepiać, że patenty na oprogramowanie jako takie w Europie nie powinny obowiązywać - Amerykanie płacą, więc Europejczycy też powinni. Niech to będzie braterstwo. Po drugie "otwartość" (protokołów) oznacza, że programiści tworzący wolne oprogramowanie mogą owszem z niej korzystać, ale tylko do celów niekomercyjnych, na podstawie jednostronnego oświadczenia MS, że nie zostaną pozwani. No i mamy wolność.
A gdyby tak pójść w drugą stronę i zmusić MS do zamknięcia wszystkich API i protokołów, dać im możliwość zrobienia kompletnego systemu z programami do wszystkiego - z Officem od razu wbudowanym w Windows, nieusuwalnym Internet Explorerem, odtwarzaczem multimedialnym grającym wyłącznie microsoftowy DRM... Chcesz grać? Kup konsolę, a najlepiej trzy. Chcesz Photoshopa? Kup maka. Chcesz system do sprawdzania poczty i profilu na naszej klasie? Jest Ubuntu. Może zamiast otwierać oprogramowanie wszystkich urządzeń, żeby były podobne do pecetów (droga, którą wybrała FSF wydając GPLv3), należy rynek pecetów upodobnić do rynku komórek? W końcu już teraz kupując dostęp do internetu można dostać na kredyt laptopa. Czy to aż tak wielka różnica, jaki system jest na nim preinstalowany?