nagłówek o mnie sport

Wszyscy mówią iPhone (3) - Google straszy

Data założenie Google (1998) stanowi doskonałą przykrywkę. Wciąż znajdą się tacy, którzy powiedzą, że Google jest dinozaurem, reliktem sieci 1.0. Początkowa nieobecność Google na giełdzie wyłączyła go z pierwszej bańki, co też sprytnie mąci obraz.
Gdyby Microsoft nazwał swój system operacyjny jakimś abstrakcyjnym, a nie potocznym słowem dziś na pewno używalibyśmy go zamiast mówić "system operacyjny". Google nie wpadł na ten sam pomysł i aby chronić swój znak towarowy musiał podjąć działania. Nic one zapewne nie dadzą, w najbliższych latach będziemy guglać w Yahoo!, a nawet - o zgrozo - w Live Search. W dalszej przyszłości nie wiadomo, czy wciąż będziemy guglać, chociaż w sumie kserowanie trzyma się całkiem nieźle, więc niczego nie można przesądzać.
Google został mimo wszystko przez klasyka zaliczony do awangardy Web 2.0, ale kto dziś czyta klasyków? W pewnym sensie digg czy del.icio.us to specyficzne wersje pomysłu Google, mające oczywiście inne cele i w związku z tym lepiej wyróżniające się jako symbole Web 2.0. Być może jednak ważniejszym wynalazkiem Google, który BusinessWeek zrozumie lepiej, gdy redaktorzy zrzucą czerwone szelki, jest system pracy 80/20, w którym według różnych legend ludowych powstaje 80% produktów Google. Tak jak widocznym symbolem Web 2.0 są treści tworzone przez użytkowników z własnej woli, często w organizacji bez centralnego zarządzania, może od kuchni za tym wszystkim stoją spontaniczne działania pracowników Google, którzy stworzyli odpowiedni dla Web 2.0 internet?
Wejście do słownika powszechnego to dowód sukcesu rynkowego, ale także początek nowych problemów. Google jest kreowany na nowe imperium zła, które rzekomo kontroluje każdy nasz ruch i wie o nas wszystko. Poczta na Gmailu, kalendarz na Google Calendar, RSSy w Google Reader, dokumenty w Google Docs, zdjęcia w Picasa Web, dane na lokalnym dysku zindeksowane przez Google Desktop (także pod Linuksem), sieć znajomych na Orkut i Facebook, ups jeszcze nie, Google Maps zamiast GPS, muzyka i filmy w YouTube (nic nie stoi na przeszkodzie, żeby plejlisty w różnych iPhone'ach składały się przecież z teledysków). Wszystko można będzie wyjąć też z internetu za pomocą Gears, jeszcze świeżej i niedocenionej, ale rewolucyjnej technologii.
Ochrona prywatności jest internetową obsesją. Coraz więcej rządów chce od firm internetowych coraz szerszego dostępu do powierzanych im informacji. Same firmy stają się też coraz bardziej pazerne i bezczelne i chcą kolejnych informacji o użytkownikach. Organizacje badające prywatność w sieci biorą pod uwagę przede wszystkim dużych i znanych (w ostatnim zestawieniu Google wypada najgorzej z 20 badanych firm, za brak odpowiedniego podejścia do ochrony prywatności), mali nie są oceniani. Do tego dochodzi kwestia zaufania: zdecydowanie bardziej wolę powierzać moją pocztę Google niż onetowi, jeśli coś miałoby wysysać informacje z mojego komputera wolałbym jednak Google Desktop (inna sprawa, że na razie doskonale radzi sobie Beagle) niż Windows Genuine Advantage.
Konwergencja według Google to wszystkie nasze dane w internecie, gdzie sprzęt, z którego do nich wchodzimy traci na znaczeniu. Wszystko jedno, czy pocztę sprawdzimy przez iPhone, czy przez dowolny komputer. Ważne żebyśmy mieli przeglądarkę, Gears dopiero raczkuje, ale nie widzę przeszkód, żeby znalazł się także w telefonach. Gdzieś w końcu zatrze się granica, czy to co mamy jest na dysku jest tylko na naszym dysku, czy na dyskach Google, czy jesteśmy online czy offline. A system operacyjny to taki sam składnik komputera jak klawiatura czy dysk twardy. Tylko dla nielicznych ma znaczenie co jest na metce napisane. Chyba że jest na niej napisane Apple.

Jobs i Gates

Ogladales wywiad z Jobsem i Gatesem? Wisi na portalu Gazety http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,68367,4225775.html
obaj sa zdania, ze to calkowite przeniesienie sie do sieci nie nastapi. Oczywiscie obaj maja interes w tym, zeby to co mamy w domu bylo rownie wazne, bo z tego zyja, ale ja sie z nimi zgadzam. Oczywiscie ilosc roznorakich zasobow sieciowych bedzie sie zwiekszac, ale jednak istotne bedzie to, co masz w domu, jakis mainframe, ktory bedzie obslugowal inne urzadzenia (ekrany w kazdym pokoju, przenosne iCrapy itd.) oraz ciagnal zasoby z sieci w miare potrzeb, bedac jednoczesnie w stanie wykonac wiekszosc operacji samemu, bo tak jest latwiej i szybciej.

"Tylko dla nielicznych ma znaczenie co jest na metce napisane. "

Nie byl bym taki pewien, potega marki jest jednak wielka, ja np. wolalbym miec metke Microsoft niz Apple ;). A podzial na grupy "jebac Gatesa, tylko linux" "Apple ponad wszystko" i "Microsoft pany" jest jednak silny.

Przeniesienie do sieci

Sam sobie odpowiedziałeś w kwestii Jobsa i Gatesa: a co innego mają mówić?

Myślę, że jak będą szybsze sieci, to wcale posiadanie serwera w domu nie będzie szybsze czy łatwiejsze (a być może będzie dodatkowo droższe).

Zresztą "przeniesienie do sieci" nie nastąpi, tak jak nie nastąpiło "przeniesienie na komputery". W pewnym momencie ludzie znajdą się w sieci, mnóstwo rzeczy zostanie offline i nigdy się w sieci nie znajdzie. Po prostu zaczniemy używać sieci zamiast dysku - już teraz pewnie z czegoś tam każdy korzysta, jak nie z bramki pocztowej (kiedyś większość ludzi jednak używała outlooków itp.), to z przeglądarki zdjęć. Przeniesienie (dla mnie) zakłada podjęcie decyzji o zmianie - coś jak przejście między systemami operacyjnymi. W przypadku sieci większość ludzi tego nawet nie zauważy.

W sprawie metki. Przeceniasz te podziały, bo ich reprezentanci najgłośniej krzyczą. Większość użytkowników komputerów nawet nie zauważy, jaki masz system operacyjny i nie zwraca na takie szczegóły żadnej uwagi. Dopóki są w stanie znaleźć ikonę w stylu globu/kompasu/wielkiego "e" podpisanej "internet". Tak jak dla większości ludzi nie jest istotne kto zrobił płytę główną, pamięć czy dysk twardy, może wkrótce nie być istotne kto zrobił system operacyjny. Oczywiście marki pozostaną i dalej będą mieć znaczenie, ale na innym poziomie. Apple nie jest znany z produkcji systemu operacyjnego, ale całych rozwiązań. Microsoft dążył do tego, żeby "pecet" był synonimem komputera z Windowsem (po angielsku w zasadzie jest) i to może okazać się błędem, bo coraz więcej firm sprzedaje pecety z Linuksem (np. Dell) i schizofrenia się robi. Ciekawe co będzie dalej, biurowa wersja xboksa?

szybsze scieci

No wlasnie ja w te szybsze sieci (w sensie wystarczajaco szybsze) malo wierze. Doprowadzenie swiatlowodu kazdemu do domu to bardzo droga zabawa. I dodatkowo ruch w sieci rosnie w niewyobrazalnym tempie. Sie okaze, czy rozwoj technologii jest w stanie to przescignac. A skonczy sie tak, ze siec osiagnie samoswiadomosc i odpali rakiety.

Poza tym mocy obliczeniowej nie ma sensu chyba czerpac z sieci, a jak juz masz silny procesor i karta graficzna, to czemu nie dorzucic jeszcze dysku?

Tak jak Gates z Jobsem mowili, pol na pol, bramki pocztowe i zdjecia w sieci, ale drugie tyle w domu.

Pogadamy w realu :D