nagłówek o mnie sport

Ach ta komercha (1)

jako (17.09.2007)

Co to jest działanie komercyjne nienastawione na zysk, które wymienia licencja Microsoftu na MS Office dla użytkowników domowych? Być może to błąd tłumacza, a być może to też kolejny sygnał, że „komercyjność” zaczyna zmieniać znaczenie. Część pierwsza, czyli o wycinaniu reklam.

Nicholas Carr nie chce używać adblocka, bo chce widzieć sieć taką samą jak większość użytkowników. Czy to ma znaczyć, że ten sam film obejrzany na TVP i na Polsacie to w praktyce dwa różne filmy? Na Polsacie mamy pewność, że film zostanie przerwany reklamami, na dodatek możemy się spodziewać, że napisy końcowe zostaną w stylu iście rtlowskim tak ściśnięte, że niewiele się z nich dowiemy. Polsat jest stacją komercyjną, a TVP stacją komercyjną nie jest. Analogie reklamowe między telewizją a internetem nie są do końca trafne, ale w tym rozróżnieniu między stacjami jednak chyba coś jest. Komercyjna i niekomercyjna nadają podobne ilości reklam, różnią się jedynie miejscem ich umieszczenia i kwestią gustu jest to, czy bardziej nam pasuje opóźnianie rozpoczęcia programów przez TVP (żeby obejrzeć reklamy, bo nie wiadomo, kiedy się skończą), czy robienie kolejnych herbat w czasie losowania totolotka.
Tak jak argument o wyłączeniu głosu, herbacie czy zmianie kanału powraca z siłą wodospadu przy dyskusji o wycinaniu reklam w internecie (Carr jednak lepiej sobie z tym radzi), tak rozróżnienie komercyjnej i niekomercyjnej sieci też zostało bezrefleksyjnie zastosowane do internetu.
Z jednej strony sam mam pewność, co do istnienia sieci ewidentnie „komercyjnej” – złożonej ze stron przedsiębiorstw, których jedynym celem jest reklamowanie się i sprzedaż swoich produktów oraz portali, których sensem jest generowanie zysków z reklamy poprzez jakąś atrakcyjną treść. Dalej jednak jest coraz trudniej. Jak wyznaczyć granicę – czy strona miasta jest komercyjna (przyciąga turystów, inwestorów), czy jednak niekomercyjna (informuje mieszkańców o ważnych dla nich kwestiach), czy strona akcji charytatywnej jest komercyjna (w końcu zawiera reklamy, zabijane przez adblocka!), czy blog, którego autor/autorka zbiera na przepustowość, a pisze anonimowo dla przyjemności (żeby wyciąć argument o budowaniu reputacji) jest komercyjny (adblock nie ma litości)?
Wydaje się, że ponieważ swoje modele biznesowe znalazło wolne oprogramowanie, które jest jednocześnie „niekomercyjne” (każdy może sobie je w większości przypadków wziąć „za darmo”) i pozwala na zarabianie sporych pieniędzy (MySQL, Red Hat, Novell, Google, IBM, Nokia...), to samo stanie się ze wszystkimi innymi rodzajami treści i sposobami ich dystrybucji. Patrząc tylko na portale i strumień reklam, który dla Carra wydaje się nieodłączną częścią sieci, można rzeczywiście dostrzec model podobny do telewizji (jak różny jest to model przekonuje np. Benkler). Dla tego modelu adblock na pewno stanowi zagrożenie, tak samo jak zagrożenie stanowi dla niego kopiuj i wklej (możemy zrobić sobie prywatne archiwum). Ten sektor najchętniej widziałby zapewne likwidację anonimowości, być może w połączeniu z mikropłatnościami. Płacimy za wszystkie treści, w zamian znika flashowy balast, ale zostają reklamy, które są skierowane do nas. Nie chodzi tu o zastąpienie reklam abonamentem, takie strony oczywiście istnieją, ale sieć w stylu pay per view. Wyobraźmy sobie, że odtworzenie filmu z YouTube kosztuje 1 grosz, którym Google dzieli się z osobą, która umieściła film na swoim blogu oraz posiadaczami praw autorskich do filmu. Dopóki jednak nie Google nie wie, kto odtwarza film, jedyną metodą komercyjnego wykorzystania sieci jest dodawanie losowych reklam związanych z oglądaną stroną, a nie z oglądającym. Czy walka o anonimowość sieci pozostaje więc w sumie ważniejsza od blokowania reklam?
Z drugiej strony – czy adblock jest groźny dla długiego ogona? Zapewne bardziej, tu liczy się każde kliknięcie, każda odsłona. Adblock plus teoretycznie umożliwia wyłączanie blokowania reklam dla konkretnej strony – czyli możemy sami sterować komercyjnością sieci. Doceniamy bloga, chcemy za niego zapłacić (w USA ten system załatwiają częściowo paypalowe darowizny, chyba trudne do zastosowania w Polsce), to dodajemy go do listy białej, nie chcemy, trafia na czarną. W końcu jeśli blog dotyczy czegoś, co nas interesuje, reklamy kontekstowe również mogą nas zainteresować. Tylko czy za jakiś czas w ogóle będą treści, przy których będzie można pokazać reklamy?

temat na tyle frapujący,

temat na tyle frapujący, że może odwołam się do niego u siebie, jak sił starczy - ale jedna uwaga, Paypal jest już chyba u nas zupełnie realny, choć niepopularny: umożliwia już i wpłacanie, i przyjmowanie wpłat. każda osoba kupująca przez internet, a jest już ich sporo, ma chyba kartę kredytową, a więc mogłaby używać paypala.

sił trzeba, to fakt...

Planuję jeszcze co najmniej dwie części, ale trochę czasu mi zajmuje pozbieranie tego razem...

Natomiast w przypadku Paypala chodzi mi o coś innego - techniczne możliwości swoją drogą (że Paypalem można płacić w Polsce zresztą wiedziałem, ale niejasno napisałem), a praktyka "społeczna" swoją. To nie moja działka tak do końca, ale zastanawiam się, czy model mikrodarowizn w Polsce się sprawdzi. To tylko takie pesymistyczne przeczucie.

Reklama goni reklame

Reklamodawcy a raczej ci co umieszczają te reklamy na swoich stronach sami sobie są winni. Reklamy na stronach są coraz bardziej nachalne np. reklama na pół strony. Nie mam zamiaru oglądać takich reklam które mi przesłaniają treść strony która mnie interesuje. Każde ściągnięcie (obejrzenie) reklamy mnie KOSZTUJE, nikt mi nie zwróci moich kosztów, nikt mi nie wynagrodzi...straty moralnej (gdy się zdenerwuje że widzę tylko wielką reklamę).