nagłówek o mnie sport

Ach ta komercha (4)

jako (30.11.2007)

Czas na coś w rodzaju podsumowania, choć temat niewyczerpany. Im bardziej będą rosły budżety reklamowe, im więcej wolnych treści będzie wykorzystywanych komercyjnie, tym trudniej będzie oddzielić sieć komercyjną od niekomercyjnej. Jeśli w ogóle taki podział istnieje.

W ostatnich odcinkach:

  • Reklama
    Facebook próbuje wykorzystać manię kolekcjonowania znajomych i wprowadza "reklamę społeczną" - zamiast dowiedzieć się, że znajoma właśnie wróciła z wakacji nad morzem, możemy dowiedzieć się, że poleca nam Top Gun. Blokowanie reklam stanie się większym wyzwaniem, choć może wyzwaniem stanie się po prostu dobieranie sobie znajomych. Yahoo proponuje, żeby reklamy pojawiały się podczas czytania plików PDF, co oznaczać będzie zapewne, że nie wszystkie PDFy da się otworzyć w programach innych niż Adobe Reader.
  • Programy do użytku prywatnego i niekomercyjnego
    Jeśli w USA możliwe jest wprowadzenie odpowiedniego prawa znaków towarowych, którego celem jest utrudnienie krytyki najbardziej znanych marek, co stoi na przeszkodzie, żeby każdy przejaw krytyki korporacji uznać za działanie komercyjne? Czy niepochlebna recenzja książki nie jest przecież wymierzona w jej rynkowy sukces i nie pozbawia wydawcy dochodów? Czy publikacja dokumentów w internecie stanowi użytek prywatny? Ograniczanie konkretnych zastosowań programów to pójście na łatwiznę ze strony producentów. Zamiast tworzyć odrębne produkty (proszę bardzo: MS Office do użytku domowego można pozbawić funkcji statystycznych, korespondencji seryjnej, rejestracji zmian, ograniczyć liczbę rodzajów animacji slajdów itp.), tworzy się odrębne licencje.
  • Licencje niekomercyjne
    Jeśli amatorzy są tak kiepscy w produkcji treści, dlaczego zawodowcy/profesjonaliści tak chętnie wykorzystują ich utwory? A jeśli wcale tak chętnie ich nie wykorzystują, to po co licencje niekomercyjne? Czy dla darmowej reklamy nie byłoby lepiej, żeby sięgała także w miejsca komercyjne? W końcu każda licencja CC gwarantuje uznanie autorstwa, a więc każda jest darmową reklamą. A jeśli korporacja miałaby ignorować ten warunek, to czemu nie miałaby ignorować także zastrzeżenia do użytku niekomercyjnego?

Co z tego wynika?
Ciągle mam wrażenie, że mylą się dwa modele, związane z "komercyjnością". Jeden można nazwać modelem rynkowym. Polega on mniej więcej na tym, że publikując treść liczymy na jakieś korzyści materialne, mniej lub bardziej bezpośrednie. Same treści mogą być bezpłatne i mogą być też wolne - my zarabiamy na reklamie (na przykład pojawiającej się podczas czytania pdf-a), innych usługach, sprzedaży specjalnych wersji (np. komiksów). Wybór takiego modelu nie ma bezpośredniego związku z licencją na treść - nic nie stoi na przeszkodzie, żeby czerpać korzyści z treści, które udostępnia się na licencji CC-BY. Drugi model można nazwać modelem własnościowym. Niezależnie od tego, czy treściom towarzyszy jakikolwiek mechanizm zarabiania pieniędzy, stanowią one "własność" udostępniającego - nie można ich kopiować, przekształcać, rozpowszechniać (nie licząc dość niepewnych wyjątków związanych z dozwolonym użytkiem w internecie). To przeciwko modelowi własnościowemu występują wolne oprogramowanie i wolna kultura, a nie przeciwko zarabianiu pieniędzy w ogóle. Narzędziem jest copyleft (ShareAlike w przypadku licencji CC), a nie niekomercyjność. Blokowanie reklam szkodzi więc tak samo wolnej, jak i własnościowej kulturze (co nie zmienia faktu, że aktualny sposób serwowania reklam jest niestrawny). Paradoksalnie może się też wkrótce okazać, że użytkownicy domowi będą mogli tworzyć treści komercyjne wyłącznie przy użyciu wolnego oprogramowania*...