Zbyt dużo lakieru na włosach, tanie perfumy w stylu tych, co w przezroczystych flakonikach wiszą w galeriach handlowych pod schodami ruchomymi, tuż obok stoiska z krówkami, i zęby zniszczone nikotyną. W tej szkole starałbym się zachowywać grzecznie, bo spotkania z panią dyrektor nie były zbyt przyjemne, szczególnie w upał.
- Napije się pan? - głos dla dopełnienia przerażającej wizji pulsował jak porysowana płyta.
- Szklankę mleka, jeśli będzie pani tak dobra.
- Jasne, akurat, taki z pana zawodowiec. Dodamy do tego mleka trochę kawy. Może jeszcze czegoś? - pani dyrektor znała się na filmach.
- Kawa tak, cukier nie, przewodniczący szkolnego kółka zainteresowań.
- Ale po co? - pani dyrektor wstała i wyjęła z szafki czajnik elektryczny. - Mówiłam panu przez telefon, że dzieci u nas nie znają angielskiego, mamy nauczycielkę, przekwalifikowaną z plastyki, wie pan, jak jest w szkolnictwie. - Czajnik zaczął parować, od otwartego okna buchało gorąco, makijaż na twarzy pani dyrektor trzymał się dzielnie, a ja zaczynałem żałować, że z czegoś do kawy jednak zrezygnowałem.
- Liczby nie kłamią. Numerki wskazują na komputery w szkolnej bibliotece. - Słoiczek po markowej kawie okazał się atrapą, na szczęście w mojej twarzy pani dyrektor wyczytała groźbę.
- Zaraz przyjdę.
Popatrzyłem na regał, na którym stało kilka przypadkowych książek i jeden grubszy tom oprawiony w gazetę. Nie musiałem odchylać postrzępionej Wyborczej, żeby wiedzieć, co jest w środku. Miałem taką książkę w schowku, w samochodzie. Namacałem w kieszeni rewolwer i wyszedłem z gabinetu na korytarz. Pani dyrektor rozmawiała ze starszą kobietą. Wyglądającą na nauczycielkę plastyki.
Kółko zainteresowań
burlap
jako (24.07.2007)











Nie zdążyłem zaobserwować niczego więcej
To ostatnie, co pamiętam. Ból przyszedł dopiero później. Ocknąłem się w obcym pokoju. Byłem przywiązany do dziecięcego krzesła, wszystko mnie bolało od tej przykurczonej pozycji. Starałem się nie ruszać, lina zacisnęłaby się przy każdej próbie. Skupiłem uwagę na tym, by cokolwiek dostrzec zza snopu oślepiająco jasnego światła skierowanego wprost na mnie. Udało mi się w końcu wypatrzeć łysego mężczyznę, podobnego do kuropatwy. Przeglądał moje dokumenty, uśmiechając się przy tym złośliwie.
- Rough O. Rottingwood... - przeczytał nazwisko, na które wystawiona była moja licencja - Zaraz nam powiesz, dla kogo pracujesz, gołąbeczku...