nagłówek o mnie sport

Pesymizm - optymizm: podaż (1)

jako (27.10.2008)

W odstępie kilku dni pojawiły się dwie zupełnie sprzeczne diagnozy wpływu kryzysu na wolne oprogramowanie i wolną kulturę. W narożniku czerwonym, po stronie popytu, szef Red Hata Jim Whitehurst widzi te wszystkie zamówienia na oprogramowanie bez opłat licencyjnych. W narożniku czarnym, po stronie podaży, dyżurny krytyk Web 2.0, Andrew Keen, z wizją bezrobotnych pożerających ostatnie myszki.
W skrócie: popyt na "darmowe" towary się zwiększy, bo trzeba ciąć koszty (tak mówi Whitehurst), a podaż pracowników chętnych do poświęcania swojego czasu się zmniejszy, bo ludzie poznają wartość swojej pracy (tak mówi Keen). Czyli Red Hat będzie miał więcej zamówień, ale nikt mu za darmo już nie pomoże.
Keen zaczyna po swojemu od błędnego założenia - że darmowa praca w ramach wolnego oprogramowania, wolnej kultury i Web 2.0 pozbawiona jest wartości, bo nikt nie płaci za nią pieniędzmi, a ludzie pracują bez sensu za darmo, bo w czasach dobrobytu nisko cenią pracę i pieniądze (jest to jakieś alternatywne wytłumaczenie dla recesji - ludziom przewraca się w głowach i kiepsko pracują), więc są skłonni pisać hasła do Wikipedii. I można byłoby tutaj wesoło popastwić się nad jednowymiarowym punktem widzenia Keena, złośliwa notka na poniedziałek, w końcu tylko Bill Gates to lepszy temat do żartów.
Jednak im dłużej pisałem notkę, tym bardziej szła ona do kosza. I poszła. Nie to, żebym miał teraz się z diagnozą Keena zgodzić, produkcja partnerska nie zniknie, ale - jeśli rzeczywiście dojdzie do głębokiej recesji - coś musi się zmienić. Produkcja partnerska opiera się na kilku elementach, uproszczony podział może być taki:
1. Nadmiar mocy obliczeniowych i pojemności sieci w wielu krajach. Komputer włączony bez przerwy i bez przerwy przesyłający dane w internecie jest normą: przy założeniu, że nie jest to obciążeniem dla budżetu użytkownika. Niby drobiazg, ale projekty, które najbardziej korzystają z tego nadmiaru (wszelkie WielkieObliczenia@home albo torrenty) polegają głównie na ilości i każde jej zmniejszenie będzie bolesne.
2. Opłacalność w porównaniu z innymi formami organizacji i ochrony praw własności (rynek, firma). W przypadku gdy łatwo znaleźć dochody z innych źródeł, budowanie typowej struktury organizacyjnej albo poszukiwanie ochrony (w prawie własności intelektualnej) może być rzeczywiście mało opłacalne w porównaniu z produkcją partnerską. Jednak nietrudno sobie wyobrazić, że dla wielu uczestników produkcji partnerskiej ten rachunek wyjdzie zupełnie inaczej w warunkach walki o przetrwanie. Copyleft skutecznie (miejmy nadzieję) zabezpiecza istniejące projekty, ale co z nowymi?
3. Pieniądze to nie wszystko, ale jednak trzeba brać je pod uwagę. Argumentacja Keena opiera się na tym, że trzeba będzie więcej pracować, bo płace będą niższe. Innymi słowy zwiększy się koszt alternatywny udziału w produkcji partnerskiej - w czasach dobrobytu koszt alternatywny oznaczał bowiem wybór pomiędzy grą w polo, wycieczką na Karaiby a usunięciem buga z Linuksa, teraz byłby to wybór między pełnym żołądkiem i letnim grzejnikiem a Linuksem. Nie będzie wprawdzie aż tak źle jak mówi Keen, ale wśród uczestników nastąpią jakieś przetasowania, być może wyjdzie to produkcji partnerskiej na zdrowie, ale jakby nie liczyć, liczba producentów spadnie.
4. Inne czynniki społeczne. Koszt alternatywny pozbawionego zajęcia bankiera inwestycyjnego można sobie analizować na wszelkie sposoby, w końcu co stoi na przeszkodzie, żeby uprawiał darmową reklamę w projekcie open source, ale syndrom bezrobotnego może się zawsze okazać silniejszy od prostych metod ekonomii.
Wieści o śmierci produkcji partnerskiej są na pewno przesadzone. Jednak w obecnej formie jest ona związana z dobrobytem bardziej niż chcielibyśmy przyznać. Zmieni się, to pewne, zresztą, co w czasie szalejącej recesji się nie zmieni? Powiew optymizmu w następnym odcinku.

Keen myli się, bo nie

Keen myli się, bo nie bierze pod uwagę psychologii. Nigdy nie było mi tak łatwo uruchamiać przedsięwzięć opartych na innych motywacjach niż finansowe, jak w latach 2001-2003 (czyli po tym, jak pękła bańka internetowa i na rynku pracy pojawiły się nagle tysiące redaktorów i informatyków z różnych portali). Dlaczego? Bo ludzie ci mieli dużo wolnego czasu. Pracowali na etacie ale nie mieli fuch, lub mieli jakieś zlecenia, ale nic stałego. Studenci po studiach w działalności społecznej widzieli w ogóle jedyną możliwość niezbędnego doświadczenia zawodowego. Innymi słowy - w czasach kryzysu na rynku ląduje poważna nadwyżka "mocy twórczej", która musi zostać jakoś przez ich posiadaczy spożytkowana.

Oczywiście, że Keen się zwykle myli

Keen nie bierze pod uwagę wielu rzeczy, ale tym razem może być jednak inaczej. Bezrobocie w USA już jest wyższe niż było u szczytu poprzedniego kryzysu, a główne skutki recesji mamy dopiero odczuć (co z branżą motoryzacyjną, co z firmami internetowymi, które wciąż nie przynoszą zysków?). Poza tym skala pesymizmu jest obecnie zdecydowanie wyższa - a to też jest pewnie istotny czynnik psychologiczny.
Oczywiste jest, że ludzie działający z pobudek niepieniężnych będą szukać jakiegoś zajęcia. Jednak dla produkcji partnerskiej wbrew pozorom potrzeba jakiegoś kapitału - Wikipedia miała na starcie pieniądze Walesa, Linux komercyjne sukcesy Red Hata i Suse oraz kapitał z pierwszej bańki, YouTube setki milionów dolarów od VC do spalenia.
Problemy z uzyskaniem kredytu mają firmy stabilne i zyskowne, era ryzyka na razie się skończyła. Na pewno część bezrobotnych będzie zakładać przedsiębiorstwa, ale mogą mieć problem ze znalezieniem kapitału. W internecie niby da się ten problem częściowo obejść, koszty nie są aż tak wysokie, ale wiele firm internetowych przez lata nie przynosiło żadnych zysków (a jednocześnie kosztowało coraz więcej), więc zaczynając od zera szybciej trzeba sobie te zyski zapewnić.
Działania społeczne na pewno nie zanikną, jednak produkcja partnerska (związana z internetem, oprogramowaniem) zmiany odczuje - pytanie tylko, czy dokładnie tak samo jak inne sposoby produkcji, czy w jakiś inny sposób. Gdyby okazała się bardziej odporna na kryzys niż produkcja prywatna, byłby to krok w stronę utopii Benklera. Nie miałbym nic przeciwko.