nagłówek o mnie sport

Pralka

jako (16.09.2007)

Znalazłem się ostatnio na poważnym koncercie na Wratislavia Cantans. Co by się stało, gdyby odcinek South Parku pokazać melomanowi, który wiedzę o świecie czerpie z literatury sprzed 1930 roku?
Na początku było coś w rodzaju muzyki filmowej, czułem się raczej jak na Władcy Pierścieni IV albo Zakochanym Flaubercie, a nie jak na awangardowej muzyce poważnej. W South Parku też się jednak znalazła adaptacja Dickensa, więc i ja miałem szansę na easy listening.
Po krótkim przegrupowaniu i wjeździe plumkającego instrumentu na drugim końcu nawy, z romantycznego fantasy trafiłem nagle zupełnie gdzie indziej. Koreański film grozy? Skandynawskie science-fiction? Tu ktoś zawodzi, tam stroją instrumenty, a pani upadł klarnet. Miejsce pod chórem zaczyna być problemem, gdy wyłaniający się z ciemnych szybów kopalni w Kirunie obcy wydaje krzyk, przy którym Nazgule wypadają jak uczestnicy konkursu Eurowizji, to Agata Zubel, której nie widzę, widzę za to jej cień na filarze kościoła, tymczasem Sun Park Wo ostrzy brzytwę przy bladym świetle nagiej żarówki. Pan próbuje smyczkiem przeciąć ksylofon, plumkanie zza pleców, Zubel nad głową, solo na wiolonczeli. To jest hałas dla ludzi wykształconych, znacznie trudniejszy do zniesienia dla słuchaczy Sonic Youth, ale mając lepszy słuch więcej dźwięków można wyłowić z pralki, półtorej godziny mija niepostrzeżenie, chociaż nie ma czego zanucić po wyjściu. Czasem wprawdzie przypomina się tylko Walter Klemmer, rozglądam się wtedy z niepokojem, może gdzieś tu siedzi, a wtedy marny wasz los potwory z Kiruny i koreańscy zboczeńcy.