nagłówek o mnie sport

Programiści i artyści

jako (30.05.2008)

Wprawdzie nie jestem fanem niewidzialnej ręki rynku, ale wyjątkowo w przypadku ZAiKSu miałbym ochotę sprawdzić co się stanie, gdy ręka ta wyjmie z kieszeni twórców kilkaset milionów i organizacja zbankrutuje. Niech własność intelektualna stanie się własnością, niech artyści wezmą odpowiedzialność za zarabianie pieniędzy, tak jak muszą umieć wiązać sznurowadła, myć zęby i kupować pół litra.
Na komentarz Romana Pawłowskiego w Wyborczej uwagę zwraca już Alek Tarkowski na Kulturze 2.0, więc ja wyciągnę inny tekst z tej gazety, a będzie to wywiad z Maciejem Popowiczem, założycielem Naszej Klasy. Wśród licznych przechwałek, które stanowią jądro rozmowy, Maciej Popowicz przyznaje się również do całkowitej bezradności życiowej w sprawach związanych z prowadzeniem działalności gospodarczej. Jednocześnie zachwyca się wysokim miejscem polskich uczelni w jakimś rankingu zawodów studenckich, w którym MIT zajmuje dalsze miejsce.
Popowicz mówi, że "nie rozumieli księgowości" oraz że "poczuł się całkowicie zagubiony" zakładając firmę (druczki wypełniły za niego panie urzędniczki, "bo wszystkie już były zapisane w Naszej Klasie"). Jasne jest przecież, że top koder takich rzeczy nie musi umieć. Szkolnictwo wyższe w Polsce ma produkować pracowników i naukowców, a nie przedsiębiorców. Programista-naukowiec będzie miał szafkę pełną pucharów, ale nie będzie wiedział, czy lepiej założyć spółkę cywilną czy z ograniczoną odpowiedzialnością.
Dlaczego więc nie stworzyć dla programistów takiego samego systemu jak dla artystów - w końcu też są twórcami, do ich utworów również przysługują prawa autorskie? Pobieraniem tantiem za korzystanie z programów mogłoby zająć się Business Software Alliance, a programiści już nigdy nie musieliby zaprzątać sobie głowy vatem, nipem ani zusem. Tworzyliby sobie po nocach kolejne sconeksy, a pieniądze zarabiałyby się same.
Artyści poświęcają przecież swoją wątrobę i płuca dla dobra ludzkości, równie wielkie poświęcenie jest udziałem programistów, te noce przy monitorze, zimna pizza i cola bez gazu (być może, zapowiadając powstającą od miesięcy notkę o poglądach Zbigniewa Rybczyńskiego, artyści i programiści to i tak będzie wkrótce to samo). W końcu jeśli w przypadku artystów zwyciężyła koncepcja, że prawo autorskie chroni przede wszystkim ich inwestycje (a dopiero później jest nagrodą za poświęcenie), z czego wprost wynika, że każdy, kto odnosi korzyści materialne z tej inwestycji (czyli na przykład fryzjer, u którego gra radio), ma płacić artyście, to dokładnie tak samo można potraktować oprogramowanie. Zapewniłoby to przecież dodatkowe zyski - inspektorzy BSA pobieraliby tantiemy za wolne oprogramowanie (tak jak teraz ignorują wolne licencje na muzykę), które trafiałyby do producentów własnościowych.
Maciej Popowicz oczywiście w końcu musiał opanować umiejętność prowadzenia firmy, w wywiadzie zapowiada, że chce zrobić MBA, lepiej późno niż wcale. ZAiKS tymczasem nie ma zamiaru brać odpowiedzialności za swoje długi, przerzuca ją na twórców, w końcu to ich inwestycja, ich pieniądze. Nie to, żeby twórcy mieli wybór, czy chcą do ZAiKSu przystąpić. Brak ZAiKSu spowodowałby zapewne zamęt wśród artystów, panie urzędniczki niejeden druczek musiałyby wypełnić (na przykład - "bo wszystkie oglądały Eurowizję"), koszty transakcji zjadłyby wszystkie absurdalne źródła dochodów (taksówki, fryzjerów i warzywniaki). Artyści mogliby za to trafić do systemu venture capital (z którego skorzystał Popowicz), który zastąpiłby wytwórnie. W końcu inwestycja w artystę też może się zwrócić - każda stacja telewizyjna pokazuje co najmniej jeden show z celebrytami, reklam przybywa, festynów nie brakuje.