nagłówek o mnie sport

Zatoka świń

jako (20.04.2009)

To dopiero pierwsza instancja, ale niektórzy się już cieszą. Wyrok więzienia i wysoka grzywna dla piratów z zatoki, wreszcie skuteczny i przykładny pozew w Europie, torrent schodzi do podziemia, sprzedaż iTunes rośnie, Kukiz kupuje odrzutowiec. Ech, gdyby idąc tym tropem można było wyeliminować takie miejsca jak bron.pl czy inne militaria...

Nie o broni jednak, choć przecież według organizacji takich jak ZAiKS czy RIAA trwa wojna. Wojna trwa też według różnych Partii Piratów, a jedni i drudzy uważają, że wszelkie chwyty są w związku z tym dozwolone. Tu więzienie, tam hakowanie stron.
Przemysł treści prowadzi wojnę z wymianą plików od pojawienia pierwszych pomysłów na dzielenie się muzyką w sieci. Każdy kolejny pokonany serwis traci popularność (lub całkiem znika), żeby po pewnym czasie pojawił się następny, trudniejszy do pokonania.
Najłatwiej poszło z MP3.com, który miał być tylko wehikułem reklamowym (użytkownicy "informowali" serwis o swojej muzyce wkładając do komputera fizyczny nośnik i potem mieli dostęp do swoich utworów z dowolnego komputera, ale też serwis polecał im zakup innej muzyki). Najłatwiej byłoby też wówczas jakoś włączyć ten pomysł do modeli biznesowych wytwórni (patrz MySpace, Last.fm).
Następny był Napster - służył wymianie plików, ale też był łatwym celem, bo informacje o plikach były scentralizowane. Z kolei centralizacja mogła być zaletą dla wytwórni, gdyby jakoś postanowiły przełożyć sukces Napstera na swój model biznesowy (patrz iTunes). W końcu to nie tylko bezpłatność przyciągała ludzi do Napstera - także wygoda, możliwość pobierania pojedynczych utworów i bogaty katalog (patrz znów iTunes).
Po Napsterze zaczęły się schody. W wojnie z Kazaa pojawiły fałszywe pliki (dzięki niedoskonałościom protokołu), wirusy i trojany, proces z Groksterem wcale nie był łatwy. Ostatecznie Kazaa stała się serwisem płatnym (gdy już nic nie zostało z jej marki), a przemysł muzyczny wyciągnął od niej wcześniej 100 milionów dolarów (czymże są marne 4 miliony z Pirate Bay?), Grokster się zlikwidował. Aplikacje te wciąż jednak łączyły pobieranie z wyszukiwaniem, miały konkretnych właścicieli - przemysł treści miał kogo pozywać i o co.
Piractwo nie lubi próżni, więc na wolne miejsce szybko wszedł torrent. Zamiast "obrony Betamax" (którą stosował Grokster powołując się na orzeczenie, w którym w USA uznano legalność magnetowidów), pojawiła się "obrona Google" - bo czym różni się Pirate Bay od Google? W końcu i na jednej, i na drugiej stronie można znaleźć tylko linki. Treści nielegalne są gdzie indziej, na komputerach użytkowników. Analogia może i trafna, ale co najwyżej spowoduje odfiltrowanie torrentów z wyników wyszukiwania w Google. Do wyeliminowania torrenta jeszcze daleko, ucieczka do rapidshare'ów w "pirackich rajach" uruchomi tylko dalszy etap wyścigu zbrojeń.
Być może należy spodziewać się zwiększonych wysiłków przemysłu treści, w końcu w kryzysie sprzedaż spada, a nie ma lepszego kozła ofiarnego niż piraci-przestępcy. Jednak nawet jeśli zgodzimy się, że Szwedzi z Pirate Bay, którzy byli dodatkowo bezczelni i sponsorował ich podejrzany neonaizsta, byli rzeczywiście przestępcami, to czy wciąż mamy godzić się na to, że przestępcą jest każdy nastolatek? Jakie konsekwencje dla całego systemu prawa ma nazywanie przestępcami całego pokolenia? Pytanie bezwstydnie zżynam z "Remiksu" Lessiga, w którym Lessig bierze w pewnym sensie stronę swojego (nieżyjącego już) arcywroga, imperatora przemysłu treści - Jacka Valentiego. Szkoda, że szwedzki sąd tak się pospieszył, bo polskie wydanie "Remiksu" dopiero w drodze...